Hubert Ronek - Henryk i Bonifacy
Chcecie? Opowiemy wam bajkę? Są wakacje, morze jest błękitniutkie i cichutko nam szumi, nawet jeśli tylko w głowach, to i tak ze świadomością, że w każdej dowolnie wybranej chwili mamy je ot tak na wyciągnięcie ręki, tuż-tuż za rogiem… Do tego świeci nam słonko i brak na nim jakichkolwiek wrednych chmurek, nawet takich czających się daleko na horyzoncie, mogących zepsuć nam tę chwile. Jest tak sielsko-anielsko, że normalnie mogłoby się od tego aż zrobić niedobrze. Ale nie nam… Wchodzimy więc sobie w takich okolicznościach umysłu i przyrody do księgarni, gdzie każde z nas wybiera i kupuje sobie komiks, niezobowiązującą lekturę letnią na kilka chwil najbliższych. Ruszamy ku plaży, siadamy tam na ławeczkach, a niektórzy to nawet się na nich kładą. Czego chcieć więcej? To my - Mały Tynek, Charky i Smarky. Widzicie nas teraz bardzo wyraźnie w chwili słabości. Rozłożonych na ławkach w Gdyni. Nie wykorzystujcie tego w przyszłości. Więcej nam nie trzeba. Taka to prosta instrukcja do naszych modeli.
Jason Lutes - Karuzela głupców
Ten komiks początkowo wywołał zgrzyt – pierwsza plansza, a we mnie niechęć do zbytniej czułostkowości szoruje widelcem po talerzu. Gęsia skórka wychodzi, uszy składają się do środka, oczy odwracają, szukają innych bodźców. Brrrr… Na szczęście przewróciłam kartkę. I nie skończyło się na jednej, gdyż zamarłam, widząc czarno-białe rysunki, które były jak złoty kluczyk do skrzyneczki mojej podświadomości, a początkowy dysonans dźwiękowy zmienił się w nieśmiałe scratche, by ostatecznie rozkołysać mnie DJ-ską wirtuozerią. Dawno już nie widziałam obrazów, które tak dotkliwie oddawałyby stratę. Niechcianą i bolesną jak amputacja kończyny w alkoholowej narkozie, po których na dodatek zostają kac i bóle fantomowe.
„Karuzela głupców” to pierwszy komiks Jasona Lutesa. Nie wiem, czy rzeczywiście zdobył on licznych wyznawców (jeśli wierzyć przedmowie, możemy mówić o swoistym lutesoizmie), ale następne dzieło – „Berlin. Miasto kamieni” – znalazło się niby wśród szczytowych osiągnięć komiksowych XX wieku w sumie bardzo opiniotwórczej gazety amerykańskiej, magazynu „Time”. Potem autor/artysta (nie bójmy się tego wyrazu) wydał jeszcze komiks o Houdinim, a chyba już w mijającym roku Lutes pokusił się o kontynuację „Berlina” (wybaczcie oględność, ale w morzu Bałtyckim i wielce utrudniającym wakacyjny odpoczynek deszczyku, zalewającym nas tu dzień w dzień, utonęła moja szczegółowość teleturniejowo-biograficzna, a może tylko ją wyłączyłam, by nic jej nie uszkodziło?). Lutes jest już w każdym razie komiksową sławą, i wcale temu się nie dziwię.
Kurczak ze śliwkami - Marjane Satrapi
Dostałam wreszcie od małej zwariowanej Tigi „Kurczaka ze śliwkami” Marjane Satrapi. Niedziela (po sobotnim koncercie Dub Pistols) była ciężka, więc myślałam, że wybuchy śmiechu odgonią afterkową nadwrażliwość i pochłaniający spleen.
I co? Satrapi zafundowała mi psychiczny nokaut. Bo ten komiks to ni mniej, ni więcej tylko egzystencjalny kałasznikow, strzelający drażliwymi pytaniami o to, co nadaje sens życiu (a znajdźcie mi takiego, dla którego ten temat jest przyjemny jak „Leniwa niedziela”).
Bohaterem kolejnego odcinka rodzinnej sagi Marjane Satrapi (tego, kto nie wie, o co chodzi z tą sagą i kto to w ogóle jest Satrapi, odsyłam do mojej wcześniejszej recenzyjki – parę słów tam pisnęłam i nie chce mi się powtarzać) jest wujek matki autorki, mistrz gry na tarze – Nasser Ali (tar to instrument strunowy, niech wam się z tarą do prania nie myli, jeśli ktoś jeszcze w ogóle takową pamięta).
Wyszywanki - Marjane Satrapi
Ostatnio wpadł w moje łapki komiks rozmiarów niewielkich. Jakoś bez entuzjazmu go przyhołubiłam, bo o ile nazwisko „Satrapi” milutko mi zabrzmiało, o tyle tytuł „Wyszywanki” otworzył mi w głowie szufladkę pod hasłami: szkoła podstawowa, ZPT, totalna zaklejająca nuuuda. I jak po czymś takim nie odłożyć dziełka na półkę? Ale darowanemu komiksowi nie patrzy się w tytuł tylko (jakieś elementarne zasady przyzwoitości trzeba zachować). Zerknęłam więc za okładkę, żeby coś tam czytnąć, i… skończyłam tuż przed jej drugą częścią. A potem szybko dałam dziełko do przeczytania mojej ulubionej koleżance, która… komiksów nie lubi. Po dłuższym czasie mojej gimnastyki lingwistycznej, godnej przedwojennych czeskich komiwojażerów, dziewczę złote zerknęło za okładeczkę. Kolejne jej wybuchy śmiechu potwierdziły moją tezę: tego komiksu nie da się nie lubić (chyba że jest się mężczyzną. Wiem, twierdzenie ryzykowne, nieuzasadnione niczym, bo testów na grupie docelowej z chromosomami X i Y nie przeprowadziłam, ale jakoś tak mi moja kobieca intuicja mówi).
Balsamista, tom 2 (Mitsukazu Mihara)
Każdy, kto stracił kogoś bliskiego, musi zmierzyć się z uczuciem żalu i pustki. Inaczej cierpi matka, której umarło dziecko, inaczej kobieta żegnająca ukochanego. Przystosowanie się do nowego stanu rzeczy bywa trudne, czasem wręcz niemożliwe. Zdarzają się również sytuacje, kiedy czyjaś śmieć pozwala żyjącym rozpocząć nowy etap w życiu.
Mamiya Shinjirō wykonując swoją pracę pomaga nie tyle zmarłym, co ich żyjącym krewnym. Kiedyś on też potrzebował zrozumienia i akceptacji. Wtedy na jego drodze pojawiła się ekscentryczna i niezwykła osoba.
Źródło: Wydawnictwo Hanami

